Na początku lat dwutysięcznych Brent Hartinger wydał książkę, w której opisuje historię starą jak tęczowy świat. Russel, licealista-gej, pasjonat piłki nożnej, ukrywa swoją tożsamość, mierzy się z samotnością i brakiem zrozumienia. Jego ojciec, absolwent Yale i finansista, projektuje na niego wizję modelowego, z pozoru idealnego życia, pragnąc, by syn był równie szczęśliwy jak on. W tle zaś toczy się stereotypowe życie amerykańskiej wyższej klasy średniej w domu z białym płotkiem, na przedmieściach i klasyczne perypetie znane nam wszystkim z liceum.
Jednym z warunków dostania się na wymarzoną przez ojca uczelnię jest udział w klubach czy kołach zainteresowań. I tak oto nasz główny bohater zapisuje się do najnudniejszego klubu, jaki znalazł – Klubu Geograficznego – by upiec dwie pieczenie na jednym ogniu: uspokoić ojca i jego natrętne komentarze oraz zwiększyć swoje szanse w rekrutacji na uniwersytety Bluszczowej Ligi.
A teraz “plot twist” stulecia: Klub Geograficzny okazuje się być grupką queerowych osób, które z potrzeby bezpieczeństwa, przynależności i wzajemnego wsparcia zakładają wspomniany najnudniejszy klub dla licealistów, do którego nikt nie zapisze się przez milion lat. Dalszą część historii możecie sobie już dopisać (lub dooglądać, jako że w 2014 roku powieść została zekranizowana pod tym samym tytułem!), jako że to klasyczne “happy-end story”. Ale dlaczego o tym piszę?
Od początku roku obserwujemy duże zmiany w obszarze Diversity, Equity, Inclusion, czyli DEI. Niektóre firmy, głównie te z amerykańskim kapitałem, zamykają swoje programy, chowają strategie i ucinają fundusze. Zupełnie jakby badania dotyczące korzyści płynących z naszej różnorodności ogłosiły, że korzyści się skończyły i nadszedł czas zwijać żagle i płynąć w innym kierunku.
Inne firmy jeszcze dumniej, głośniej i z większą pompą ogłaszają lub podtrzymują swoje zaangażowanie. Pojawiają się zamówienia na działania pro-równościowe i włączające od firm z różnych sektorów – od lokalnych producentów mebli czy wina, przez fundusze inwestycyjne wspierające różnorodność, aż po instytucje publiczne.
A gdzieś pomiędzy tymi skrajnościami dzieje się najciekawsza rzecz, czyli rebranding idei. Teraz zamiast DEI pojawiają się określenia takie jak: Inclusive Leadership Development, programy Workplace Culture & Innovation czy osoby na stanowiskach Belonging Experts, zastępujące Inclusion Managers. Nazwy się zmieniają, budżety bardzo często też (póki co na niekorzyść różnorodności), a zaangażowanie centrali w działania wspomnianych nowych-starych działów jest zdecydowanie większe, by upewnić się, że mimo rozmycia nazewnictwa, sama idea DEI nie zostanie rozmyta.
Klub Geograficzny działający pod przykrywką jest dla mnie świetną metaforą tego, co dzieje się obecnie w kontekście inicjatyw wspierających różnorodność. Wiem, że nie jest nam wszystkim w smak chowanie naszej dumy, zmiany nazw i redukcja działań. Skoro przychodzi nam się zmierzyć z globalnym kryzysem wartości, polaryzacją i radykalizacją, może warto skupić się na tym, co w swoich klubach możemy zrobić dla siebie nawzajem i wrócić do korzeni sieci pracowniczych. ERGsy przecież powstawały z potrzeby bezpieczeństwa i przynależności oraz edukacji, a nie, jak niektórzy wydają się myśleć, dowożenia największych, najbardziej błyszczących i brokatowych akcji, które ładnie się klikają na social mediach, a potem ładnie wyglądają w komunikacji rozsyłanej przez CEO w newsletterach.
Tęczowy Niezbędnik Klubów Geograficznych, czyli o czym warto pamiętać w trudnych czasach:
- Sieci to Wasze bezpieczne przestrzenie! Dbajcie o regularne spotkania, na które nie trzeba się przygotowywać. Skoro w wielu miejscach nie ma budżetów i zgód na duże programy, wróćcie do podstaw – pogadajcie o Waszych ulubionych filmach i serialach. O queerowych wydarzeniach w Waszych miastach albo o inspirujących Was osobach z social mediów. Albo o strachu, który przyszedł ze wszystkimi zmianami, wojnami czy bieżącym znojem życia. Kiedy naciski, by nas schować są tak duże, regularne współbycie to świetna forma wsparcia i oporu.
- Nie produktywność, a autentyczność – pozwólcie sobie być w pełni sobą. Podzielcie się swoim hobby, śmiesznymi historiami z randek, ulubionym jedzeniem. Zbudujcie silną społeczność, która oparta jest na tym, że po prostu się dobrze znacie i lubicie! Bo czy w relacjach nie jest tak, że zaczyna się od wspólnej kawy, a jeśli dobrze pije się kawę, to i miło się je obiad, a potem może idzie się do kina, jedzie się na wycieczkę? Nim się obejrzycie, krok po kroku, z Waszych małych inicjatyw i cotygodniowych wspólnych kaw, urośnie fantastyczna grupa znajomych, której żaden korporacyjny problem czy inicjatywa nie jest w stanie przestraszyć i pokonać. Siła jest w grupie!
- Radykalna troska – Barbara Vick, jedna z założycielek San Diego Blood Sisters, grupy, która organizowała pobory krwi wśród lesbijek, by ratować życie gejów chorych na AIDS w latach 80., powiedziała: „Każdego ogarniała bezsilność, lecz wspólnota lesbijek zdawała się być odporna na tę chorobę. Nie chcę rzec, że dręczyło nas poczucie winy, lecz patrzysz na tych, którzy dźwigają to brzemię bez żadnej winy. W tamtych czasach kobiety miały mniej do ofiarowania w sensie materialnym, ale krew… krew to coś tak elementarnego”. Historia lubi nam przypominać, że wcale nie potrzebujemy wielkich budżetów, zgód czy kolejnej paczki tęczowych smyczek, by zmienić bieg historii. Potrzebujemy dzielić się tym, co już mamy – umiejętnościami, wiedzą, doświadczeniem lub swoim nieocenionym i fantastycznym towarzystwem.
Queerowy Ruch przetrwał już niejedno trzęsienie ziemi, niejedną pandemię i wielokrotne próby uciszania. Termin „rodzina z wyboru” nie bez powodu odmieniamy przez wszystkie przypadki, bo to na tej rodzinie możemy polegać, w szczególności w trudnych czasach, i to właśnie o nią warto się zatroszczyć, zamiast na wynikach, liczbach i wskaźnikach. Samra Habib, autorka książki “We Have Always Been Here: A Queer Muslim Memoir”, napisała, że radość to forma oporu. Pamiętajmy o tym każdego dnia, nie tylko podczas Miesiąca Dumy.